Lista moich zaniechań

Co sprawia, że dzieci z zaangażowaniem pracują na zajęciach.

Renata Racinowska, 10 stycznia 2019

Miałam sen. To był koszmar…

Tak, tym razem to będzie udany dzień. Przygotowałam się sumiennie, wyszukałam setki ciekawostek, filmików i zdjęć, mam gry, kolorowanki i wielkie plansze. Jak dobrze pójdzie, to zabiorę do sali multimedialny monitor, żeby dzieci mogły się pobawić. Tak, tak – to jest świetny pomysł – jak dzieciaki nie będą czuły, że się uczą, to na pewno wszystko się uda.

Idę przez szkolny korytarz, obładowana pomocami dydaktycznymi jak jakiś handlarz zabawkami. Zaklinam w duchu swoje nogi, żeby na nic nie wpadły, po niczym się nie przejechały – upadek z tym wszystkim na oczach uczniów byłby zgubny dla mojego nauczycielskiego autorytetu. A tego nie chcemy, prawda? Nauczyciel powinien cieszyć się u uczniów autorytetem, inaczej wejdą mu na głowę.

Z trochę rozbieganymi myślami wchodzę do sali. Wszyscy już są. Witam się pospiesznie i rzucam na biurko przyniesione przedmioty. Uff, udało się. Teraz tylko wszystkich zebrać do kupy, powiedzieć, jakie fajne plany mam na dzisiaj i na pewno wszystko się uda. MUSI się udać.

A potem wszystko idzie nie tak, jak sobie wyobrażałam. Dzieciaki przerywają mi, nie słuchają, rozmawiają między sobą na zupełnie inne tematy, wcale nie ciekawi ich materiał, który dla nich przygotowałam. W POCIE CZOŁA, z poświęceniem wolnego czasu, w domu – zamiast odpoczywać. Tak się starałam! Tak chciałam żeby to były dla nich ciekawe zajęcia! A ONI co?! Jak tak można! Przecież to jest szkoła! Trzeba się uczyć! Nie po to się męczyłam po nocach, żeby teraz wszystko poszło na marne! To czego wy w końcu chcecie? Bo wszystkim zaraz wstawię jedynki!!!

Gdyby to był film, to właśnie w tym momencie obudziłabym się z krzykiem oblana potem we własnym łóżku. Ale nie, to nie jest film – to tylko próba opisania jednej z wersji koszmaru, który może sprawić, że nauczyciel będzie miał kiepską noc…

Jak sprawić, żeby dzieci chciały robić w szkole to, co chcemy, żeby robiły?

Ha! Pytanie za sto punktów i ja na nie na pewno nie odpowiem. Opowiem za to, co zrobiłam – a ściślej mówiąc, czego nie zrobiłam – żeby dzieci pracowały z zaangażowaniem na zajęciach muzyki.

To może najpierw o tym, co zrobiłam. Drobiazg doprawdy, aż wstyd się przyznać, że zrobiłam tak niewiele. Otóż zaproponowałam grupie dzieci z klas 2-3, żebyśmy zrobili przedstawienie na Targi Przedsiębiorczości w Sparku. Po prostu – spytałam, co oni na to.

Proszę Państwa, to, co nastąpiło potem, mogłoby wypełnić najpiękniejsze marzenie senne niejednego nauczyciela. Dzieciaki zaczęły działać! Moja propozycja spotkała się nie tylko ze sporym entuzjazmem, ale uruchomiła prawdziwą lawinę twórczości. Pewnie nikt, kto był kiedykolwiek w szkole mi nie uwierzy, przysięgam jednak, że uczniowie chcieli poświęcać nawet wolny czas na to, żeby pracować nad przedstawieniem! Nawet wtedy, kiedy miałam z nimi zastępstwo i dobrodusznie mówiłam “macie czas dla siebie”, oni prosili, żebyśmy zeszli na dół, do sali muzycznej i zrobili próbę. Tak, wiem – wierzyć się nie chce, prawda? Przecież uczniowie zrobią wszystko, żeby nic nie robić – czyż nie tak właśnie często postrzega się młodych ludzi zebranych – często wbrew swojej dobrej woli – w szkołach?

Jak to możliwe, że uczniowie z zaangażowaniem pracowali nad czymś, co wymagało uczenia się, powtórek, prób, wysiłku, współpracy z innymi, pomysłowości i przełamywania swojej nieśmiałości? Jak to możliwe, że pomimo początkowo okrojonego składu chętnych, na końcu wystąpili wszyscy?

No cóż, koncepcja moja jest taka, że było to możliwe między innymi dlatego, że paru rzeczy nie zrobiłam. Zróbmy zatem listę moich “zaniechań”.

Po pierwsze – nie zmuszałam nikogo do udziału w przedstawieniu. Oczekiwała jedynie tego, że osoby, które nie chcą brać w nim udziału nie będą przeszkadzać w próbach pozostałym. Nawet sobie Państwo nie wyobrażają, jak ucieszyłam się, gdy chłopiec, który nie chciał brać udziału w całym przedsięwzięciu, najpierw powiedział, że on może jednak wniesie choinkę na scenę, a potem jeszcze postanowił zająć się oświetleniem, które zresztą grało kluczową rolę w naszej inscenizacji. Niewiarygodne – przecież nie musiał!

Po drugie – nie miałam gotowego scenariusza na przedstawienie. Owszem, miałam jakiś zamysł w głowie, chyba nawet go sobie zapisałam. Nie wiem w sumie po co – po pierwszej prezentacji moich pomysłów scenariusz zaczął ewoluować, zmieniać się, wydłużać, udziwniać i wymykać mi zupełnie spod kontroli. Kto z Państwa myśli, że proces tworzenia scenariusza zakończył się na jednym zajęciu, niech spojrzy mi głęboko w oczy i zobaczy w nich wyraz lekkiego rozbawienia. Och, nie! Scenariusz zmieniał się w czasie prób, powstawały nowe pomysły, dochodzili nowi bohaterowie. Więcej – scenariusz nigdy nie doczekał się swojej pisemnej wersji – w pewnym momencie dzieciaki po prostu miały go w sobie. Przecież same go stworzyły!

Po trzecie – nie powiedziałam, kto jak ma na scenie wyglądać. “Siedziałam” sobie za to z boku i z błogim zapewne wyrazem twarzy obserwowałam wszystko z mojego Widziałam, jak uruchomiła się RSP (Rówieśnicza Sieć Pożyczkowa): “ja mam strój tygrysa, pożyczę ci”, “wiesz, gdzieś tam miałam kostium psa – poszukam…”.  Widziałam na własne oczy, jak pewnego dnia powstało w sali prawdziwe studio makijażu scenicznego, nawet nie wiem jakim cudem zaangażowane zostały uczennice klas starszych. Nagle twarze dzieci zamieniły się w zwierzęce pyszczki, laleczkowe porcelanowe lica – widziałam prawdziwe makijażowe cuda! Nawet ręki do tego nie przyłożyłam! I całe szczęście, że trzymałam od tego wszystkiego moje mądrości dorosłego z daleka – dzięki temu na scenie dzieci wyglądały tak, że lepiej nie mogłabym sobie tego wyobrazić.

Po czwarte, chyba już ostatnie – nie czekały za to dzieci żadne oceny, żadne nagrody czy wyróżnienia. Akurat w Sparku jest to o tyle łatwe, że tutaj nie wystawiamy dzieciakom ocen. Jest to jednak w moim poczuciu bardzo ważny “brak”. Jeśli robimy coś, za co nie czeka nas żadna nagroda, to robimy to dlatego, że naprawdę tego chcemy, że sprawia nam to frajdę.

Tak, tak – mili Państwo. Schowałam głęboko w szufladzie całą metodykę wszelkiego wychowania, machnęłam ręką na dorobek szkolnictwa polskiego z ostatnich stu lat z hakiem, zignorowałam pomstowanie głosu Autorytetu Nauczycielskiego i pozwoliłam dzieciakom działać. Nigdy nie przestanie zadziwiać mnie widok młodych ludzi, którzy pracują nad jakimś projektem nie dlatego, że ktoś im kazał, tylko dlatego, że naprawdę tego chcą. W takie szkoły właśnie wierzę i takie szkoły mi się marzą. Niech takie właśnie szkoły śnią się wszystkim nauczycielom.

P.S.1 Czy muszę dodawać, że przedstawienie było ogromnym sukcesem całej grupy?

P.S.2 Dzieci zakładają grupę teatralną “SparkON”. Nie muszą – chcą 😉

Renata Racinowska – od sierpnia 2018 roku pracuję w Spark Academy z grupą 1-3. Będę pisała tutaj regularnie (i z przyjemnością) o swoich obserwacjach, przemyśleniach i doświadczeniach w pracy ze “Sparkowcami” – zarówno tymi młodszymi, jak i starszymi. Mam w planie miło spędzać tutaj czas i Państwa też do tego namawiam. Bez zbędnego przedłużania – po prostu zapraszam 🙂

wróć
dalej