O konsekwencji i pewnej wydmuszce

Renata Racinowska, 09 maja 2019

Pozwólcie Państwo, że coś Państwu o sobie powiem – sporo już w mojej zawodowej pracy przeszłam. Siedzę w oświacie już ponad 10 lat (wybaczcie mi małą dokładność – czas tak szybko leci, mam problem z dodawaniem kolejnych lat…) i sporo widziałam. Kiedy bez mrugnięcia okiem stosowano (w teorii i praktyce) kary i nagrody – ja już tam byłam. Doświadczyłam też czasów, kiedy słowo “kara” zaczynało być źle widziane i co światlejszy pedagog zaczął je zamieniać na “konsekwencje”. Konsekwencja miała być dobra, bo – w odróżnieniu od kary – miała stanowić naturalne następstwo określonego zachowania.

Osobiście miałam z tym spory problem, bo choć łatwo przyszło nauczycielom używanie nowego słowa w rozmowach z uczniami, to już ze zmianą własnego postępowania było trudniej.

Żeby zbyt sprawy słowami nie komplikować – “konsekwencje” pozostawały w szkołach tak naprawdę “karami”. Miały być przykre, dotkliwe i długo pozostawać w pamięci delikwenta.

W Sparku też często słyszę słowo “konsekwencje” i też za każdym razem ma dreszcze. W sprawie konsekwencji w szkołach już nikomu nie ufam. Przecież żeby konsekwencja była konsekwencją, to nie trzeba o niej mówić, nie musi być widoczna dla wszystkich – moim zdaniem jest odczuwana tylko dla osoby, która ją ponosi w wyniku swoich działań. Przestaje być naturalna w chwili, kiedy ktoś nią steruje, prawda?

Nie, nie – w sprawie konsekwencji nie jest łatwo mnie przekonać, nie dam się przechytrzyć pięknym słowom. Nie ze mną te konsekwentne numery.

Dzieciaki z 1-3 A chciały urządzić śniadanie na okoliczność zbliżających się świąt. Nie wszyscy, ale większość. Nie widziałyśmy z Dagmarą żadnych przeszkód – “jeśli chcecie, zróbcie śniadanie”. Ustalono termin, zawiązał się jakiś zespół organizacyjny, powstał jakiś szkic z listą tego, co kto przyniesie. Tylko, że jakoś tak się trochę posypało. Zespół organizacyjny pogubił się nieco w swoich działaniach, bo nie wszyscy byli obecni codzienne. Lista zagubiła się gdzieś, a ta, co powstała w jej miejsce dość mgliście przedstawiała koncepcję całości. Jedynie termin się ostał.

Przyszła środa, co nikogo nie zdziwiło, bo poprzedniego dnia był wtorek. Środa, kiedy to mieliśmy śniadać. Zza ściany było słychać, jak dzieciaki z grupy B szykują swój poczęstunek – przesuwanie stołów, odgłosy sztućców, śmiechy i rozmowy. U nas atmosfera była zgoła inna. Jakby to Państwu powiedzieć, żeby oddać jej ducha. Może wystarczy, jeśli powiem, że jedna osoba przyniosła ciastka, druga koszyczek, a trzecia wydmuszkę. Jedną…. Siedzieliśmy w kręgu z minami zdecydowanie nie świątecznymi. Z ust dzieci wychodziły takie słowa, jak klapa, kiszka, klops… Miało być tak przyjemnie, były plany, była lista…. O właśnie, lista! Dlaczego stało się tak, że ci co wpisali się na listę w większości nie przynieśli deklarowanych rzeczy? Dlaczego – mimo takich planów – zostaliśmy z pożal się boże ciastkami, wydmuszką i koszyczkiem? Po co nam koszyczek?!

Ha! I tutaj można by wystartować z przepiękną konsekwencją. Podane jak na tacy – miało być dobrze, jest źle. To jest piękny moment, żeby wytoczyć działo wychowawcze i wystrzelić z niego piękne, okrągłe i boleśnie uderzające kule konsekwencji.

Dagmara poprosiła każdego, żeby powiedział, jak się w tej sytuacji czuje. Nietrudno się domyślić, że nastroje były kiepskie, większość dzieciaków powiedziała, że czuje się kiepsko z tą całą sytuacją. Rozczarowanie, że nie każdy wywiązał się ze swoich deklaracji można było wręcz klepać po ramieniu. 

I tutaj Dagmara zrobiła coś, co całkowicie rozbroiło mój konsekwentny oręż. Jednym zdaniem nie tylko położyła na łopatki moje przekonania, ale też przywróciła moją wiarę w możliwość istnienia prawdziwych konsekwencji w szkole. Pozwolę sobie to zdanie wyłuszczyć mocno i wyraźnie, żeby nie było wątpliwości, które zdanie jest w tym tekście najważniejsze. Otóż Dagmara zapytała (siłą rzeczy nie przytoczę dosłownie)

Co teraz z tym zrobimy?
Czy możemy jakoś uratować nasze śniadanie?

ŻE CO?
Bez wytykania winnych? Bez wyciągania konsekwencji? Bez bólu i przykrości?

 

Ano bez. Komu bliżej do stosowania konsekwencji wobec “winnych” niech nie czyta dalej albo niech zaparzy sobie ziółek. Bo oto twarze dzieci się zmieniły! Zaczęły tworzyć rozwiązania! Przecież jest ciepło – możemy wyjść na dwór! Weźmiemy ciasteczka i będzie przekąska! Zrobimy zawody sportowe! A wydmuszka? Co z wydmuszką? Ha! Zgnieciemy ją uroczyście na początek naszego pikniku – takie powitanie chlebem i solą, ale inaczej. Kto dosięgnie tego zaszczytu? Wiadomo – Zuzia, bo ona przyniosła wydmuszkę!

Dagmara zapisywała plan na dużej kartce, a ja biegałam po naszym boisku i chowałam w drzewach i krzakach soki owocowe, które przyniosła Gaja. Tak, tak – nieco spóźniona Gaja pomyślała, że fajnie byłoby szukać jakiś niespodzianek w “ogrodzie”, a ponieważ nie jemy w Sparku kupnych słodyczy, to przyniosła soki w małych kartonach. No i ja je chowałam (powiem Wam, że dobrze mi poszło – niełatwo było je znaleźć ;)). Zresztą nie tylko Gaja miała tego dnia poślizg w czasie. Nieco spóźniony przyszedł też Tymon, który przyniósł… ciasto! Piękne, okrągłe, zrobione razem z mamą ciasto! Po Tymonie przyszła Pola – obładowana torbami, z których wyciągnęła wypieki własnego wyrobu! Nasz piknik stawał się powoli prawdziwą ucztą!

Ech, cóż to było za śniadanie! Wydmuszka uroczyście pękła, dzieciaki z podnieceniem szukały niespodzianek w drzewach, stół (nakryty obrusem!) uginałby się, gdyby fizycznie mógł. I my tam z Dagmarą byłyśmy, na słońcu się grzałyśmy, ciasto podjadałyśmy i świetnie się bawiłyśmy.

Uff, moja skostniała pedagogiczna dusza zobaczyła prawdziwe, naturalne konsekwencje działania uczniów i coś w niej się roztopiło. Bo jak mówi Słownik Języka Polskiego PWN konsekwencja to następstwo, rezultat czegoś lub logiczna ciągłość w działaniu, wytrwałość w dążeniu do czegoś (za: https://sjp.pwn.pl/sjp/konsekwencja;2473304.html). Konsekwencja nie potrzebuje pośredników, którzy ją wymyślą, narzucą innej osobie i będą pilnować, czy została wykonana. Konsekwencja dzieje się sama, jest zjawiskiem naturalnym. Naturalne było to, że dzieciaki czuły się źle, bo zawiodły i nie wywiązały się ze swojego zadania (konsekwencja nr 1). Oczywistym było, że plan nie wypali i nie da zrobić się śniadania z niczego (konsekwencja nr 2). Można jednak plan zmienić i zrobić coś, co się da w takich okolicznościach zrobić (konsekwencja nr 3). Żadna z nich nie była narzucona z zewnątrz. W żadnej nie było wygranego i przegranego.

I to – mili Państwo – nazywa się prawdziwa konsekwencja!

P.S. Tekst ten dedykuję Dagmarze, która pozwoliła konsekwencji, by się działa.

Renata Racinowska – od sierpnia 2018 roku pracuję w Spark Academy z grupą 1-3. Będę pisała tutaj regularnie (i z przyjemnością) o swoich obserwacjach, przemyśleniach i doświadczeniach w pracy ze “Sparkowcami” – zarówno tymi młodszymi, jak i starszymi. Mam w planie miło spędzać tutaj czas i Państwa też do tego namawiam. Bez zbędnego przedłużania – po prostu zapraszam

wróć
dalej