O konsekwencji i pewnej wydmuszce

Pozwólcie Państwo, że coś Państwu o sobie powiem – sporo już w mojej zawodowej pracy przeszłam. Siedzę w oświacie już ponad 10 lat (wybaczcie mi małą dokładność – czas tak szybko leci, mam problem z dodawaniem kolejnych lat…) i sporo widziałam. Kiedy bez mrugnięcia okiem stosowano (w teorii i praktyce) kary i nagrody – ja już tam byłam. Doświadczyłam też czasów, kiedy słowo “kara” zaczynało być źle widziane i co światlejszy pedagog zaczął je zamieniać na “konsekwencje”. Konsekwencja miała być dobra, bo – w odróżnieniu od kary – miała stanowić naturalne następstwo określonego zachowania.

Osobiście miałam z tym spory problem, bo choć łatwo przyszło nauczycielom używanie nowego słowa w rozmowach z uczniami, to już ze zmianą własnego postępowania było trudniej.

Żeby zbyt sprawy słowami nie komplikować – “konsekwencje” pozostawały w szkołach tak naprawdę “karami”. Miały być przykre, dotkliwe i długo pozostawać w pamięci delikwenta.

W Sparku też często słyszę słowo “konsekwencje” i też za każdym razem ma dreszcze. W sprawie konsekwencji w szkołach już nikomu nie ufam. Przecież żeby konsekwencja była konsekwencją, to nie trzeba o niej mówić, nie musi być widoczna dla wszystkich – moim zdaniem jest odczuwana tylko dla osoby, która ją ponosi w wyniku swoich działań. Przestaje być naturalna w chwili, kiedy ktoś nią steruje, prawda?

Nie, nie – w sprawie konsekwencji nie jest łatwo mnie przekonać, nie dam się przechytrzyć pięknym słowom. Nie ze mną te konsekwentne numery.

Dzieciaki z 1-3 A chciały urządzić śniadanie na okoliczność zbliżających się świąt. Nie wszyscy, ale większość. Nie widziałyśmy z Dagmarą żadnych przeszkód – “jeśli chcecie, zróbcie śniadanie”. Ustalono termin, zawiązał się jakiś zespół organizacyjny, powstał jakiś szkic z listą tego, co kto przyniesie. Tylko, że jakoś tak się trochę posypało. Zespół organizacyjny pogubił się nieco w swoich działaniach, bo nie wszyscy byli obecni codzienne. Lista zagubiła się gdzieś, a ta, co powstała w jej miejsce dość mgliście przedstawiała koncepcję całości. Jedynie termin się ostał.

Zarówno Dagmara, jak i ja, nie wtrącałyśmy się w działania grupy. Owszem, dopytywałyśmy, wyrażałyśmy swoje obawy czy wątpliwości, dzieci jednak zapewniały nas, że wszystko jest w jak największym porządku i pod kontrolą. No, skoro tak…

Przyszła środa, co nikogo nie zdziwiło, bo poprzedniego dnia był wtorek. Środa, kiedy to mieliśmy śniadać. Zza ściany było słychać, jak dzieciaki z grupy B szykują swój poczęstunek – przesuwanie stołów, odgłosy sztućców, śmiechy i rozmowy. U nas atmosfera była zgoła inna. Jakby to Państwu powiedzieć, żeby oddać jej ducha. Może wystarczy, jeśli powiem, że jedna osoba przyniosła ciastka, druga koszyczek, a trzecia wydmuszkę. Jedną…. Siedzieliśmy w kręgu z minami zdecydowanie nie świątecznymi. Z ust dzieci wychodziły takie słowa, jak klapa, kiszka, klops… Miało być tak przyjemnie, były plany, była lista…. O właśnie, lista! Dlaczego stało się tak, że ci co wpisali się na listę w większości nie przynieśli deklarowanych rzeczy? Dlaczego – mimo takich planów – zostaliśmy z pożal się boże ciastkami, wydmuszką i koszyczkiem? Po co nam koszyczek?!

Ha! I tutaj można by wystartować z przepiękną konsekwencją. Podane jak na tacy – miało być dobrze, jest źle. To jest piękny moment, żeby wytoczyć działo wychowawcze i wystrzelić z niego piękne, okrągłe i boleśnie uderzające kule konsekwencji.

Dagmara poprosiła każdego, żeby powiedział, jak się w tej sytuacji czuje. Nietrudno się domyślić, że nastroje były kiepskie, większość dzieciaków powiedziała, że czuje się kiepsko z tą całą sytuacją. Rozczarowanie, że nie każdy wywiązał się ze swoich deklaracji można było wręcz klepać po ramieniu.

I tutaj Dagmara zrobiła coś, co całkowicie rozbroiło mój konsekwentny oręż. Jednym zdaniem nie tylko położyła na łopatki moje przekonania, ale też przywróciła moją wiarę w możliwość istnienia prawdziwych konsekwencji w szkole. Pozwolę sobie to zdanie wyłuszczyć mocno i wyraźnie, żeby nie było wątpliwości, które zdanie jest w tym tekście najważniejsze. Otóż Dagmara zapytała (siłą rzeczy nie przytoczę dosłownie):

Co teraz z tym zrobimy?

Czy możemy jakoś uratować nasze śniadanie?

ŻE CO?

Bez wytykania winnych? Bez wyciągania konsekwencji? Bez bólu i przykrości???

Ano bez. Komu bliżej do stosowania konsekwencji wobec “winnych” niech nie czyta dalej albo niech zaparzy sobie ziółek. Bo oto twarze dzieci się zmieniły! Zaczęły tworzyć rozwiązania! Przecież jest ciepło – możemy wyjść na dwór! Weźmiemy ciasteczka i będzie przekąska! Zrobimy zawody sportowe! A wydmuszka? Co z wydmuszką? Ha! Zgnieciemy ją uroczyście na początek naszego pikniku – takie powitanie chlebem i solą, ale inaczej. Kto dosięgnie tego zaszczytu? Wiadomo – Zuzia, bo ona przyniosła wydmuszkę!

Dagmara zapisywała plan na dużej kartce, a ja biegałam po naszym boisku i chowałam w drzewach i krzakach soki owocowe, które przyniosła Gaja. Tak, tak – nieco spóźniona Gaja pomyślała, że fajnie byłoby szukać jakiś niespodzianek w “ogrodzie”, a ponieważ nie jemy w Sparku kupnych słodyczy, to przyniosła soki w małych kartonach. No i ja je chowałam (powiem Wam, że dobrze mi poszło – niełatwo było je znaleźć ;)). Zresztą nie tylko Gaja miała tego dnia poślizg w czasie. Nieco spóźniony przyszedł też Tymon, który przyniósł… ciasto! Piękne, okrągłe, zrobione razem z mamą ciasto! Po Tymonie przyszła Pola – obładowana torbami, z których wyciągnęła wypieki własnego wyrobu! Nasz piknik stawał się powoli prawdziwą ucztą!

Ech, cóż to było za śniadanie! Wydmuszka uroczyście pękła, dzieciaki z podnieceniem szukały niespodzianek w drzewach, stół (nakryty obrusem!) uginałby się, gdyby fizycznie mógł. I my tam z Dagmarą byłyśmy, na słońcu się grzałyśmy, ciasto podjadałyśmy i świetnie się bawiłyśmy.

Uff, moja skostniała pedagogiczna dusza zobaczyła prawdziwe, naturalne konsekwencje działania uczniów i coś w niej się roztopiło. Bo jak mówi Słownik Języka Polskiego PWN konsekwencja to następstwo, rezultat czegoś lub logiczna ciągłość w działaniu, wytrwałość w dążeniu do czegoś (za: https://sjp.pwn.pl/sjp/konsekwencja;2473304.html). Konsekwencja nie potrzebuje pośredników, którzy ją wymyślą, narzucą innej osobie i będą pilnować, czy została wykonana. Konsekwencja dzieje się sama, jest zjawiskiem naturalnym. Naturalne było to, że dzieciaki czuły się źle, bo zawiodły i nie wywiązały się ze swojego zadania (konsekwencja nr 1). Oczywistym było, że plan nie wypali i nie da zrobić się śniadania z niczego (konsekwencja nr 2). Można jednak plan zmienić i zrobić coś, co się da w takich okolicznościach zrobić (konsekwencja nr 3). Żadna z nich nie była narzucona z zewnątrz. W żadnej nie było wygranego i przegranego.

I to – mili Państwo – nazywa się prawdziwa konsekwencja!

P.S. Tekst ten dedykuję Dagmarze, która pozwoliła konsekwencji, by się działa.

Renata Racinowska

Od sierpnia 2018 roku pracuję w Spark Academy z grupą 1-3. Będę pisała tutaj regularnie (i z przyjemnością) o swoich obserwacjach, przemyśleniach i doświadczeniach w pracy ze “Sparkowcami” – zarówno tymi młodszymi, jak i starszymi. Mam w planie miło spędzać tutaj czas i Państwa też do tego namawiam. Bez zbędnego przedłużania – po prostu zapraszam 🙂

POPRZEDNI