Szkoła na całe życie

Hej, Dzieciaki!

Całkiem niedawno zaczął się nowy rok szkolny, a Wy już pewnie liczycie dni do kolejnych wakacji. I w ogóle zastanawiacie się, jak to będzie, kiedy staniecie się dorośli i wreszcie przestaniecie chodzić do szkoły. I tu mam dla Was niewesołą informacje. Bo tak się ostatnio na świecie porobiło, że nauka praktycznie nie ma końca. Ludzie w taki czy inny sposób uczą się przez całe życie. Dlatego chciałbym opowiedzieć Wam co nieco o nauczaniu dorosłych. Trochę po to, żeby dać Wam przedsmak tego, co Was w przyszłości czeka. Ale też po to, żebyście mieli jakieś porównanie.

Dorośli mają, tak jak Wy, swoich nauczycieli, ale mówią na nich “trenerzy”. I tu podobieństwa chyba się kończą, bo dorośli uczą się w zupełnie inny sposób.

Wielu dorosłych chce się uczyć i przykłada do nauki dużą wagę. Jeśli jakaś wiedza jest dla dorosłego ważna, jest gotowy za nią nawet płacić. Dorośli mają, tak jak Wy, swoich nauczycieli, ale mówią na nich “trenerzy”. I tu podobieństwa chyba się kończą, bo dorośli uczą się w zupełnie inny sposób. Pierwsza różnica polega na tym, że dorośli uczą się w małych grupach. Nie większych niż kilkanaście osób. O to, żeby grupy do nauki były małe, dbają sami trenerzy. Mówią: “Potrzebuję pracować w małej grupie, bo w takich warunkach nauka jest bardziej efektywna. Chcę mieć kontakt z każdym i dla każdego znaleźć czas.” Trenerzy chcą pracować w małych grupach, bo rozumieją, że każdy dorosły jest trochę inny i potrzebuje indywidualnego traktowania. Dziwne, co nie?

Jednym z ważnych zadań trenera jest wymyślanie dla swoich dorosłych uczniów różnych zabaw, żeby ci w trakcie nauki mogli się trochę pośmiać i rozerwać. Bo śmiech i relaks ponoć sprzyja nauce.

Dorośli rzadko uczą się siedząc w ławkach. Zamiast siedzenia i słuchania trenera robią wiele dziwnych rzeczy: pracują w małych grupkach, dyskutują, rysują plakaty, zapisują coś na małych karteczkach, leżą na podłodze, często grają w różne gry. Trenerzy pozwalają im wychodzić z sali w trakcie zajęć, można też pić herbatę i jeść ciastka. Jednym z ważnych zadań trenera jest wymyślanie dla swoich dorosłych uczniów różnych zabaw, żeby ci w trakcie nauki mogli się trochę pośmiać i rozerwać. Bo śmiech i relaks ponoć sprzyja nauce. Od czasu do czasu trener pyta: “Nie jesteście zmęczeni? Może potrzebujecie przerwy?” Dziwne, co nie?

W nauce dorosłych, którą nazywają warsztatem albo treningiem, nie ma sprawdzianów. Zadania domowe zadaje się niezwykle rzadko. Nie ma też ocen… to znaczy przepraszam, są! Tylko, że na odwrót. To nie trener ocenia uczniów, tylko uczniowie dają oceny trenerowi. Za to, że dobrze ich uczy. I to jest naprawdę dziwne.

Generalnie jest tak, że im trener wie więcej z praktyki, tym jest uważany za lepszego. Trener teoretyk nie ma szans.

W nauczaniu dorosłych ważne jest też to, żeby trener nie uczył teoretycznie, tylko praktycznie. Generalnie jest tak, że im trener wie więcej z praktyki, tym jest uważany za lepszego. Trener teoretyk nie ma szans. A to wszystko dlatego, że dorosłym zależy na praktycznej wiedzy. Zastanawiacie się może, czy taki pomysł z praktycznym nauczaniem mógłby się sprawdzić w Waszych szkołach. Nie jest to takie proste. Żeby lepiej zrozumieć, dlaczego w Waszych szkołach jest tak, jak jest, potrzebny jest pewien eksperyment myślowy. Gotowi?

Jest taki facet, który nazywa się Donald Tusk. Na pewno go znacie. Tusk jest szefem Unii Europejskiej. Wcześniej przez siedem lat był premierem naszego kraju, a w ogóle zajmuje się polityką prawie od małego. Niedługo Donald Tusk przestanie być szefem Unii i zacznie się rozglądać za nowym zajęciem. I w tym miejscu zaczyna się nasz myślowy eksperyment.

Wyobraźcie sobie, że Donald Tusk postanawia uczyć dzieci w szkole. Zjadł zęby na polityce i teraz swoją praktyczną wiedzę chce przekazać młodzieży. Donald idzie do swojego starego liceum, spotyka się z dyrektorem i opowiada o swoim pomyśle. O tym, że chce zostać nauczycielem WOS-u.

– Panie Donaldzie, to niemożliwe. – odpowiada dyrektor.

– Ależ dlaczego? – dziwi się Tusk – Przecież ja zęby zjadłem na polityce! Ściskałem dłonie najważniejszych tego świata. Znam Putina, znam Trumpa, znam Merkel. Jestem skarbnicą praktycznej wiedzy…

– Z całym szacunkiem – powstrzymuje go dyrektor – Niestety, nie ma pan kwalifikacji!

A może macie wujka biznesmena? Takiego, który w swoim życiu założył kilka firm i osiągnął finansowy sukces. I teraz ten wujek wpadł pomysł, żeby przyjść do Waszej szkoły i uczyć młodzież przedsiębiorczości? Spokojna głowa, wujek nie narobi Wam obciachu – on też nie ma kwalifikacji.

A w takim razie wyobraźmy sobie, że wujek jest uparty i chce te kwalifikacje do uczenia zdobyć. W tym celu musi pójść na specjalny półtoraroczny kurs. Na tym kursie będzie siedział w ławce obok ludzi, którzy nigdy nie robili żadnych biznesów i razem z nimi słuchał kogoś, kto też nigdy nie robił żadnych biznesów, ale ma za to kwalifikacje, żeby robienia biznesów uczyć. Dziwne, co nie?

Podczas gdy w nauczaniu dorosłych aż roi się od praktyków, w Waszej szkole ich raczej nie uświadczycie.

Podczas gdy w nauczaniu dorosłych aż roi się od praktyków, w Waszej szkole ich raczej nie uświadczycie. Możliwe, że jedynym praktykiem w Waszej karierze szkolnej – człowiekiem, który uczy tego, czym się na codzień zajmuje – będzie ksiądz katecheta.

Dlaczego tak jest, że dla praktyków nie za bardzo jest miejsce w Waszych szkołach? Dlaczego Albert Einstein (gdyby żył) nie mógłby uczyć Was fizyki, Chopin muzyki a Van Gogh malarstwa. Szczerze? Nie potrafię Wam tego wytłumaczyć. Może chodzi o to, żeby nauczycielom, którzy nie są praktykami, ale za to mają kwalifikacje, nie było przykro? Naprawdę nie mam pojęcia.

Dlaczego Albert Einstein (gdyby żył) nie mógłby uczyć Was fizyki, Chopin muzyki a Van Gogh malarstwa.

No dobrze, ale dlaczego dorośli uczą się w niewielkich grupach, przy okazji bawiąc się, grając, śmiejąc się i zajadając ciastka, a Wy w tym czasie uczycie się w trzydziestoosobowych klasach, zwykle siedząc w ławkach? Dlaczego dorośli dla siebie wymyślili fajny i praktyczny system kształcenia a Wasz wygląda tak, jak wygląda? Na to pytanie akurat mam odpowiedź. Ale muszę Was uprzedzić – jest to odpowiedź brutalna. Prawda jest bowiem taka, że dorośli postanowili na Was przyoszczędzić.

Pieniądze na Waszą naukę pochodzą z budżetu państwa. Z tego budżetu finansowane są różne ważne dla państwa sprawy – wojsko, medycyna, administracja, kultura, edukacja. W budżecie jest zawsze ograniczona pula pieniędzy, którą trzeba jakoś podzielić. O budżecie państwa mógłby Wam wiele opowiedzieć Donald Tusk, bo sam taki budżet wiele razy tworzył. Niestety Tusk Wam o tym nie opowie, bo jak pamiętacie, nie ma do tego kwalifikacji.

Wygląda na to, że przy dzieleniu pieniędzy z budżetu zawsze były jakieś ważniejsze niż edukacja wydatki. Efekt jest taki, jaki widzicie – żeby wydać mniej pieniędzy, państwo każe upychać w każdej klasie trzydziestkę dzieci. Bo duża klasa to mniejsze koszty. Nie ma żadnych naukowych dowodów, że praca w takich dużych grupach przynosi lepsze efekty. Są natomiast dowody, że jest dokładnie na odwrót – w mniejszych grupach zarówno dzieci jak i dorośli uczą się łatwiej. Czyli chodzi tu tylko o kasę i o przyoszczędzenie. O nic więcej.

I tu wychodzi na jaw cała smutna prawda. Państwo funduje Wam szkołę, która co prawda jest bezpłatna, ale już z założenia nie może efektywna. Dorośli zapraszają Was do systemu nauki, który od początku działa gorzej. I na dodatek robią to świadomie. Oczywiście kasa jest zawsze dobrą wymówką, ale w tym przypadku też nie do końca. Ponieważ nauka w tak licznych klasach idzie słabo, Ministerstwo Edukacji musi dokładać do programu coraz więcej godzin, żeby tę efektywność poprawić. I tu robi się paradoks, bo trzeba teraz dołożyć pieniądze, które wcześniej chciało się przyoszczędzić. Ale czy jak do słabego dołożymy jeszcze więcej słabego, to wyjdzie z tego dobre? No weźcie to tak, na logikę!

Uczyliście się kiedyś angielskiego w małej grupie? Nie mieliście wrażenia, że w takich warunkach wszystko szło jakoś szybciej i lepiej? Czy w tym momencie nie przychodzi Wam do głowy to co mi – że gdyby w szkole były mniej liczne klasy, nauka mogłaby trwać znacznie krócej? A słyszeliście może o dzieciakach, które zamiast chodzić do szkoły, uczą się w domu? Naprawdę wierzycie w to, że te dzieciaki zasuwają po siedem godzin dziennie a wieczorem jeszcze odrabiają zadania domowe? Otóż nie. Wielu z nich poświęca na naukę nie więcej niż cztery godziny każdego dnia. A mimo to dają radę. Można? Można!

Drogie dzieciaki, mam świadomość, że lektura mego listu może Was wprawić w nieco ponury nastrój. Perspektywa, że dorośli fundują Wam system edukacji z wyprzedaży, mocno po taniości, a sami wybierają bardziej wypasione metody nauki – z zabawą, humorem i ciasteczkami – nie jest fajna. Czy można zatem ten stan jakoś zmienić? Co można zrobić, żeby w szkole pojawiło się więcej praktyki, a zajęcia były prowadzone w bardziej efektywny sposób. Co można zrobić, żeby w szkole pojawiło się więcej otwartego myślenia i pieniędzy. Czy jest szansa na prawdziwą reformę szkoły?

Rozwiązanie jest dość proste. Wystarczy, żeby Twoi rodzice i rodzice Twoich kumpli, i rodzice kumpli Twoich kumpli, i rodzice kumpli kumpli Twoich kumpli, i tak jeszcze wiele razy dalej. Żeby ci wszyscy rodzice zebrali się razem i pewnego dnia jednym głosem zawołali:

“Mamy tego dość!”

Boguś Janiszewski

Starszy Opiekun w “Spark Academy”, poznańskim kurniku wykorzystującym w swojej pracy metodę wolnego wybiegu. Autor książek popularnonaukowych dla kurzej młodzieży. Ostatnio wydał: “Mózg. To o czym kury ci nie mówią.”

POPRZEDNI
NASTĘPNY