Menu Zamknij

Z pamiętnika nauczycielki

– Już w sierpniu? Pracujecie cały sierpień? Co wy tam będziecie robić? – tak zwykle kończyły się rozmowy niewinnie zagadnięte o długość mojego urlopu. Znajomi nie mogli zrozumieć, co można robić w szkole przez cały miesiąc wakacji.

Jest 9 sierpnia, dochodzi godzina 8 rano. Piąty dzień sierpniowej pracy w Sparku. Co ja tutaj robię? Co robiłam do tej pory i co zamierzam robić przez następne tygodnie? 

Zanim jednak opowiem wam trochę o pracy sparkowych nauczycieli, pozwolę sobie na małą dygresję.

Bo to w sumie ciekawe, dlaczego ludzi tak dziwi fakt, że w szkole trzeba coś robić w czasie, kiedy nie ma tam dzieci. Czy dlatego, że każdy wyobraża sobie, że bycie nauczycielem to po prostu przyjście na zajęcia, przerobienie kolejnego działu w podręczniku i koniec? A może praca nauczyciela kojarzy się z rutyną, robieniem co roku tego samego? Może w powszechnym odbiorze szkoła jest miejscem, gdzie nie dzieje się nic nowego i ciekawego? A może myślimy, że praca w szkole jest już dobrze przez “kogoś u góry” zaplanowana i zorganizowana, w związku z czym nauczyciel przychodzi na gotowe – musi tylko zapoznać się z wytycznymi i je później realizować? Mhm, jeśli tak jest, to w istocie bez sensu jest przychodzić do szkoły w sierpniu i udawać, że się pracuje. Pełna zgoda. Wystarczy przecież skrzyknąć się na ostatnie trzy dni sierpnia, odkurzyć, ogarnąć jako tako sale, zrobić gazetkę “Witamy po wakacjach!”, wprowadzić małe poprawki do zeszłorocznego harmonogramu uroczystości szkolnych i gotowe. Będzie jeszcze czas na to, żeby usiąść przy kawie i powspominać wakacje.

My w Sparku też wspominamy, a jakże!. Mamy czas na to, żeby pogadać, pośmiać się, opowiedzieć o swoich urlopach. Nie da się przecież inaczej – znajomi, którzy spotykają się po miesiącu po prostu muszą pogadać.

No dobrze, wystarczy tych dygresji i przydługiego wstępu, przejdźmy do sedna. Od czego by tu zacząć…. 

Gdybym miała odpowiedzieć na postawione na początku tekstu pytanie najkrócej, jak się da, to powiedziałabym chyba, że między innymi zajmujemy się sobą. Nie, nie – nie pomyliłam się. Nie uzupełniamy dokumentacji, nie robimy wystroju szkoły, nie tworzymy harmonogramu imprez i uroczystości szkolnych. W zamian za to dużo czasu przeznaczamy na to, żeby każdy z nas poczuł się ważny. 

Jak już wspominałam w innym tekście, nie jestem “nowa” w oświacie, więcej – mam już spore tutaj doświadczenie. I nie przypominam sobie, żeby przez jakieś pierwsze dziesięć lat mojej pracy kiedykolwiek padło ze strony “władz oświatowych” (przepraszam za to niefortunne wyrażenie, staram się być poprawnie delikatna) pytanie o moje potrzeby. Ważne były tylko potrzeby “tych drugich” – dzieci, kuratorium, dyrektora, rodziców (niekoniecznie w tej kolejności). Moją – jako nauczycielki – rolą było te potrzeby spełniać, najlepiej w formie pisemnej i zgodnie z oczekiwaniami. 

Teraz w końcu jestem w miejscu, gdzie nauczyciele są ważni. Ważne jest to, co myślimy, ważne jest to, jak się czujemy, jakie są w nas emocje, jak radzimy sobie z trudnymi sytuacjami społecznymi. Od 5 sierpnia spotykamy się między innymi po to, żeby zająć się właśnie sobą. Jest przecież oczywistym, że jeśli nauczyciel nie czuje kompetentny, jeśli nie czuje się na siłach radzić sobie ze stresem i napięciem, jeśli nie ufa osobom, z którymi pracuje – to nie będzie w stanie wspierać uczniów w rozwiązywaniu ich problemów. Jak mówi przysłowie, z pustego to i Salomon nie naleje. Dlatego teraz, w bezpiecznych warunkach, uczymy się mediować między uczniami, uczymy się, jak pomagać uczniom w samodzielnym rozwiązywaniu ich problemów i – co bardzo ważne – jak w tym wszystkim dbać o siebie, żeby po pół roku się nie wypalić. Rozmawiamy, ćwiczymy, dyskutujemy. Każdy może się wypowiedzieć, może powiedzieć, że się z czymś nie zgadza, że coś mu nie pasuje albo że ma inny na coś pomysł. Uczymy się od siebie nawzajem, co stwarza atmosferę zaufania i współpracy. Pracując w ten sposób czuję, że mam wpływ, że jestem ważna, bo tworzę z innymi coś, co jest w zgodzie z moją wizją dobrej edukacji. Jasne, nie da się przygotować wszystkich na wszystko, nie staniemy się po sierpniu nieomylnymi ekspertami od spraw wszelakich. Wiem jednak, że z początkiem września stanę przed uczniami i ich rodzicami z dużo większym spokojem, niż wtedy, kiedy byłam zdana tylko na siebie. 

Widzisz to teraz? Dbamy o siebie, żeby móc później dbać o uczniów. Budujemy zespół, dogadujemy się, poznajemy. Sporo rzeczy robimy razem, więc siłą rzeczy nasze działania względem uczniów będą podobne (szczególnie w sferze społeczno-emocjonalnej). To daje mi ogromne poczucie bezpieczeństwa i bardzo motywuje do pracy. Po prostu bardziej się człowiekowi chce, ot co 😉

Pracujemy też w zespołach, powiedzmy, tematycznych. Jest więc czas na to, żebyśmy wspólnie – Alicja, Dagmara i ja – spokojnie przygotowały się do pracy w grupie 1-3. Po roku wspólnej pracy mamy jakiś obraz tego, czego nam brakowało, co wyszło, a co nie i dzięki temu wiemy, czego chcemy i potrzebujemy. Nikt nam nie mówi, jak ma wyglądać nasza praca, co mamy z dziećmi zrobić. To my (i inni nauczyciele w swoich zespołach) jesteśmy przecież ekspertami w swoich dziedzinach, prawda? Znamy podstawę programową, wiemy z doświadczenia, jakie potrzeby mają dzieciaki w określonym wieku – nie ma powodu, żeby sprowadzać nas do roli realizatorów czyjejś wizji i wymagań. Jak ciekawym miejscem stałyby się szkoły, gdyby powiedzieć nauczycielom “ty wiesz najlepiej, co należy zrobić, ufam tobie – działaj”. Już widzę te pokłady twórczości, jakie są w stanie uwolnić się w człowieku, kiedy nikt mu nie narzuca własnej wizji.

Co więc robimy cały ten sierpień w szkole? Dbamy o siebie, ćwiczymy, wzbogacamy i wzmacniamy nasze kompetencje społeczne, szczególnie w zakresie szeroko rozumianej komunikacji. W zespołach obgadujemy czekającą nas pracę z uczniami (proszę nie mylić z pisaniem miesięcznych planów dydaktycznych!), szukamy rozwiązań, zbieramy pomysły, wspólnie ustalamy najważniejsze sprawy. 

Jest  13 sierpnia, wtorek, godzina 9:17. Wczoraj przez cały dzień mieliśmy warsztaty z mini mediacji. Uczyliśmy się, jak wspomagać uczniów podczas konfliktów. Taka tam pomijana generalnie w szkołach umiejętność nie rozstrzygania za uczniów ich problemów, tylko pomagania im w samodzielnym znalezieniu rozwiązania. Dzisiaj, dokładnie za jakieś pół godziny, mamy warsztaty z komunikacji. Kolejne pojęcie pomijane w przestrzeniach szkolnych, trudno bowiem uznać drogę “polecenie – wykonanie” za komunikację, prawda? Później napiszę wam słowo, jak było.

Ufff, mamy już środę, 14 sierpnia. Wczoraj nie pisałam, bo po warsztacie byłam wyczerpana tym zmęczeniem, jakie się czuje po dobrze wykonanej robocie. Ćwiczyliśmy rozmowy z rodzicami – jak je poprowadzić, żeby rodzic czuł się wysłuchany, żebyśmy umieli w tym wszystkim zadbać o siebie i żeby wspólnie znaleźć rozwiązanie problemu. Długo i dużo mogłabym wam o tym opowiadać, byłby to jednak tekst za długi i poruszający zbyt wiele wątków. Może innym razem.

Dzisiaj widzimy się ostatni raz w tym tygodniu, wracamy w poniedziałek. Mam spore podstawy, by wątpić, że będziemy się nudzić. Jest jeszcze sporo do zrobienia, a nikt tego za nas nie zrobi. I bardzo dobrze – przyjemnie jest tworzyć samemu coś, co nam właśnie będzie później potrzebne.

Pozdrawiam wszystkich tych, którzy mają teraz wakacje. Odpoczywajcie! 🙂


Renata Racinowska

Mam na imię Renata, w Sparku działam z grupą 1-3. Kiedy opuszczasz mury szkoły “tradycyjnej”, aby pracować w Sparku, to nie ma opcji – często po prostu stajesz (fizycznie lub w przenośni) i w zadziwieniu i mówisz do siebie “a więc da się w ten sposób!” Ja w każdym bądź razie tak mam i po prostu muszę o tym pisać. Dlatego ten blog – żeby opowiedzieć Wam, jak jest w Sparku 😉